zaglebie-lubin.net


Internetowe Forum Kibiców Zagłębia Lubin - to już 10 lat z Wami!
Teraz jest 2018 sty N 21, 05:40

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 3075 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 201, 202, 203, 204, 205
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2017 lis Wt 28, 09:00 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2004 cze Cz 03, 13:04
Posty: 5145
Lokalizacja: LUBIN
Cytuj:
Przebijał opony w samochodach, strzelał w taksówkarzy gwoździami, łobuzował i zadawał się z cinkciarzami. W mocnym Lechu zakwaterowano go w internacie z dwoma setkami pielęgniarek, a Poznań wciągnął go tak, że pół roku później zamiast grać w piłkę, skręcał karuzele. Dziecko urodziło mu się w momencie, gdy nie miał zdrowia, szkoły, porządnej pracy.

Ale Janusz Kudyba dostał drugą szansę i ją wykorzystał, zostając legendą Śląska i Zagłębia Lubin, z którym zdobył mistrzostwo Polski. Dlaczego to jego zasługa, że Kazek Węgrzyn jest taki przystojny? Czy Dariusz Marciniak to największy zmarnowany talent polskiej piłki? Dlaczego mistrzowska drużyna Zagłębia narodziła się w lesie przy piwie? Dlaczego podczas świętowania mistrzostwa w Lubinie stracił nawet skarpetki i łańcuszek z krzyżykiem? Dlaczego Janusz Wójcik chciał go zwolnić za to, że się z nim nie napił? Zapraszamy.

***

Podobno byłeś łobuzem.

Nie umiałem w ławce usiedzieć. Dla wszystkich przerwa trwała dziesięć minut, dla mnie dwadzieścia pięć. Kumplowałem się ze starszymi chłopakami i różne pomysły do głowy przychodziły. Przebijaliśmy kierowcom opony na parkingu, jeszcze tak, żeby kierowca to widział. Kompletna głupota, ale pojawiała się adrenalinka. Siedzieliśmy w domu na balkonie i strzelaliśmy w taksówkarzy małymi gwoździkami po nogach, rękach. Miały zakrzywione ostrza, ale jednak. Albo siedzieliśmy w piwnicy, szła kobieta, a my w nią zimną wodą ze szlaufa, niekoniecznie w lany poniedziałek. Ojciec raz w tygodniu chodził do szkoły płacić za wybite okna – bramki siatek nie miały, a że strzelałem dużo…

Czyli piątkowym uczniem nie byłeś.

Miałem epizod w czwartej i piątej klasie, gdy uzyskałem średnią 4.9. Uczyła nas młoda nauczycielka, prawdziwa pasjonatka. Zrobiła mnie nawet gospodarzem klasy. Ale gdy odeszła, straciłem zapał. Byleby zdać klasę. Gdy już grałem w piłkę, poszedłem do budowlanki. Po pierwszej praktyce uznałem, że to nie dla mnie. Nawet później, jak robiliśmy z żoną remont, mówiłem: Beata, chodź, razem zaprojektujemy, a zrobisz sobie jak pojadę na obóz. Aczkolwiek dzisiaj zawsze mówię – piłka to piłka, ale musisz się zabezpieczyć maturą, studiami. Jedna kontuzja i czar pryska.

Rodzice załamywali nad nastoletnim Januszem Kudybą ręce?

Tak. Z dziesięciu moich najbliższych kumpli z tamtych lat ośmiu nie żyje, jeden jest w więzieniu, tylko jeden wyszedł na prostą. Różne rzeczy tam się działy, nawet narkotyki, których powiem szczerze nie próbowałem. Może byłem młody i głupi, ale od tego trzymałem się z dala.

To była gangsterka?

Cinkciarze. Do Jeleniej Góry przyjeżdżali Niemcy na wycieczki, a oni robili z nimi wałki. Moim zadaniem, dzieciaka w wieku 11-14, było stać na rogu i w odpowiednim momencie krzyczeć „milicja!”.

Rodzice próbowali przemówić ci do rozsądku?

Jest mało dzieciaków, które by dostały tyle pasów od ojca co ja. Raz w tygodniu tańcowałem w koło. Teraz mój ojciec ma dziewięćdziesiąt lat, mieszka sam, wciąż sobie radzi. Czasem mówi:

– Za często cię biłem.

– Tato, gdybyś tego nie robił, nie siedzielibyśmy teraz w tym miejscu.

Ważniejsze było dla ciebie łobuzowanie czy piłka?

Zawsze piłka, starszy brat trenował w Karkonoszach od jedenastego roku życia, ja byłem trzy lata młodszy i chodziłem grać po podwórkach. Gdy miałem trzynaście lat brat zaciągnął mnie do klubu. Testy prowadził profesor Mucha z Katowic, fizjolog, wtedy zaczynający karierę. Było nas osiemnastu, kazał biegać po sali. Piętnastu najlepszych łapało się do klubu, zająłem szesnaste miejsce. Pytam:

– Może bym coś z piłką zrobił?

– Nie, za wolno biegasz.

Na dwa lata się obraziłem, ale gdy miałem piętnaście znowu zareagował brat: chodź, bo zaraz będzie dla ciebie za późno. W piątek poszedłem na trening. Pokazałem się na tyle, że w sobotę wystawili mnie w trampkarzach. Wygraliśmy 7:0, strzeliłem siedem goli. Na następną kolejkę przesunęli mnie do starszego rocznika. Wygraliśmy 6:0, strzeliłem sześć. Półtora miesiąca później grałem w seniorach w III lidze. W zasadzie nie przeszedłem więc żadnego szkolenia, z podwórka trafiłem do dorosłej piłki. Jak trafiłem do Ekstraklasy mówili: ale Kudyba ma wyuczoną grę głową, widać, że wypracowane w treningu! A ja jako dzieciak brałem małą gumową piłeczkę i odbijałem ją o ścianę do znudzenia. Cały sekret. Do dzisiaj jak gramy z oldbojami mam naturalny odruch, że muszę skoczyć jak piłka jest w górze. Inna sprawa, że kiedyś jak te piłki namokły, to robił się kamień. Wydawało się, że grasz workiem ziemniaków. Parę razy miałem ciemno przed oczami. Prowadziłem chłopaków w III lidze, krzyczę:

– Panowie, głowa!

– Trenerze, ja trzy razy uderzę i mnie głowa boli. Mam żonę, dziecko, nie będę ryzykować.

Musiało ci szybko dobrze iść w Karkonoszach, skoro w 1980 trafiłeś do bardzo mocnego wówczas Lecha.

Sparing z Wągrowcem, z Lecha przyjechali oglądać Marka Platę. Zagrałem tak, że wzięli Marka i mnie. Wszedłem do szatni, chciałem usiąść koło Jurka Kasalika. Ja szczeniak, on po trzydziestce. Zapytałem czy mogę zająć to miejsce, szurnął moją torbę pod prysznic: „tam możesz”. Kiedyś założyłem Jurkowi siatkę w gierce. Dostałem takiego kopa w dupę, że już potem nie ryzykowałem. Podbiegł do mnie: „frędzelek, młody, jeszcze raz i cię połamię”. Łazarek odwrócił głowę w drugą stronę. Musiał być szacunek do starszych, często bywało, że wchodziłeś, a tu: „wyjazd! Najpierw zapukaj!” I wychodziłeś, pukałeś, dzień dobry, dzień dobry. Inne czasy.

W Poznaniu nie dostałeś szansy.

Byliśmy na etatach kolejowych, pobieraliśmy pensje w kasie na dworcu. Stałem ja i starzy kolejarze, a jak któryś zajrzał ile zarabiam, to się wściekał. Zarabiałem pięć razy więcej od nich na fikcyjnym stanowisku ustawiacza torów. Zakwaterowali mnie, Andrzeja Strugarka, Marka Platę i Tadzia Wiśniewskiego w internacie z dwoma setkami pielęgniarek. Osiemdziesiąt procent z nich – panny. O 22 zamykano internat. Klub nie interesował się czy chodzę do szkoły czy nie, a mieszkaliśmy blisko targu Łazarza, tam kręciła się różna społeczność, cinkciarze, handlarze ciuchami… Po latach rozmawiałem z trenerem Łazarkiem: „trenerze, jakbyście chociaż raz mnie sprawdzili czy jestem w pokoju, internacie, czy poszedłem do szkoły”. Ale to nie miało miejsca i wsiąkłem w Poznań. Kasyna mnie nie ciągnęły, narkotyki też nie, ale lubiłem się dobrze ubrać, a pieniądze mnie się nie trzymały. Przed imprezą potrafiłem przyjacielowi kupić ot tak zegarek za dwa tysiące złotych. Po pół roku przejrzałem na oczy, uznałem, że tak dalej nie może być, ale było za późno. Łazarek powiedział, że się żegnamy.

Jak wspominasz trenera Łazarka?

Pamiętam wszystkie cytaty o słoniach, wielorybach, „trzeba być basiorem a nie pipolokiem”. Superczłowiek i świetny trener na tamte czasy. Teraz, wiadomo, analizy, technologia, ale wtedy potrzebna była czutka i Łazarek ją miał. Może dobrze się stało natomiast, że nie przeszedłem u niego okresu przygotowawczego, skoro niektóre zwykłe treningi potrafiły być masakryczne. Półtorej godziny z piłkami lekarskimi, sto metrów sprintem w jedną stronę, dwa oddechy, sto metrów sprintem w drugą. Ale tak się wtedy w Polsce trenowało.

W Lechu prawdziwa lekcja pokory. Nagle wylądowałeś gdzieś w Piechowicach.

To nie stało się tak od razu. Akurat z wiadomo jakich względów musiałem wziąć ślub. Złapałem kontuzję na podwórku, która wyeliminowała mnie z gry na kilka miesięcy. Bardzo trudny moment – zakładam rodzinę, dziecko w drodze, a nie mam pracy, nie mogę grać, nie mam szkoły. W Karkonoszach zatrudnili mnie na stanowisku konserwatora. Chodziłem po stadionie z młotkiem i śrubokrętem. Na piłkarza się nie nadawałem, nie mogłem biegać. Potem zebrali brygadę, która skręcała karuzele. Jeździłem do Świerzawy czy Złotoryi z takimi facetami, którzy dzień zaczynali od sześciu jaboli. Pensja groszowa, tragiczna. Przed chwilą w Lechu zarabiałem trzydzieści razy tyle. Żona poszła do wieczorówki, ja też wróciłem do szkoły, chciałem zrobić maturę. Miałem operatywną teściową, planowaliśmy założyć pizzerię, ale paradoksalnie gdzieś Bozia chyba zadbała, żeby Kudyba wrócił do piłki. Mieliśmy świetny lokal w dobrym miejscu, ale w ostatniej chwili właściciel oddał go komuś po układzie. Zostaliśmy na lodzie. Ja akurat wyzdrowiałem i zgłosiłem się do Piechowic, czyli III ligi. W ostatnim meczu wypracowałem jedną bramkę, a drugą strzeliłem po slalomie, czyli zupełnie nie w moim stylu, bo dryblerem nie byłem. Wpadłem w oko wysłannikowi Motoru, panu Kokoszce. Jeszcze pamiętam, że pojechał ze mną do domu, nie miałem czym go poczęstować. Postawiłem na stole orzeszki i paluszki. Nie jadł nic, choć zachęcałem. W końcu się uśmiechnął – miał jednego zęba. Idealną pożywkę mu zaserwowałem.

Motor to prawdziwa druga szansa.

Wiedziałem, że nie mogę jej zmarnować. Już mnie na miasto nie ciągnęło. Wiadomo, jak ktoś miał imieniny w drużynie to się szło, ale tam spotykaliśmy się całymi rodzinami. Fajna grupa, niezapomniane chwile – o czymś świadczy, że choć minęło 35 lat, do dziś trzymamy kontakt. Ważne jest też to, że kadry dawniej tak się nie zmieniały, więc był czas się zżyć.

Kto liderował szatni?

Ojciec Dębińskiego z NC+, Roman. Bardzo fizyczny zawodnik, lubił krzykiem wyegzekwować, ale też wiedział kiedy młodego pochwalić. Później doszedł Zygmunt Kalinowski, bramkarz, reprezentant z mundialu 1974. Jak mu Jarek Góra na treningu zasadził gola za kołnierz, Zyga przez całe boisko gonił, żeby skopać mu dupę.

W Motorze wtedy na stadion chodziło nawet trzydzieści tysięcy widzów.

Mam zdjęcia z barażu z Resovią. 35 tysięcy, coś nieprawdopodobnego. Motor kiedyś miał również mocny żużel i podczas tego meczu na wirażu dostawiono piętnaście rzędów krzesełek. Jak obrońca mnie wyrzucił, wpadałem prosto w te krzesła. Ludzie siedzieli na topolach wokół stadionu, gdzie nie spojrzałeś – głowa przy głowie. Albo pierwszy mecz w Ekstraklasie, gdy przyjechał Widzew. Już bez Bońka, ale wciąż choćby z Młynarczykiem. Człowiek biegał między zawodnikami, których przed chwilą widział w telewizorze, a w duchu dziękował, że Bóg dał mu szansę wrócić do piłki.

To jednak wyzwanie, bo musiałeś być popularny, w Lublinie każdy chciał zaprosić na kawę, na coś mocniejszego, a czasu wolnego piłkarz ma dużo.

Jeśli balowałeś w Poznaniu, a potem skręcałeś karuzele, to miałeś nauczkę do końca życia. Od tamtego czasu starałem się prowadzić jak profesjonalista.

Co wtedy oznaczał profesjonalizm?

To prawda, że z perspektywy czasu to była amatorka. Mieliśmy jeden izotoniczny napój, jak się słabiej czułem jadłem czosnek wieczorem, żeby nie było ode mnie czuć. Nigdy nie miałem postury atlety, a w tamtych czasach pracowało się katorżniczo. Jak wrzucali mi 140 kg na plecy, to nie wiedziałem czy mnie wyciągną z parkietu. Czasami biegło się tak, że krew z uszu i z nosa leciała. Kiedyś pojechaliśmy w góry z Ćmikiewiczem. Tzw „duża zabawa biegowa”: o dziesiątej ruszamy, marszobieg po górach, nie wiemy nawet dokąd. Zero ścieżek, szlaków, po prostu las. Grupa zaczęła się rozciągać, biegniesz, jeden pobiegł w lewo, drugi w prawo, ktoś leży i odpoczywa. Później biegło się po śladach, aż mi się ślady skończyły. Nie wiedziałem gdzie jestem. Zrobiło się ciemno. Ja głodny, zmęczony, wychłodzony tak, że sople mi z wąsów zwisały. Jadłem śnieg i rozglądałem się już za jakąś ściółką czy szałasem, żeby w nocy nie zamarznąć na śmierć. Ale usłyszałem w oddali samochód. Dobrnąłem do drogi, jechał furman.

– Panie, do Nowego Targu pan jedzie?

– Wsiadaj pan, piętnaście kilometrów stąd.

Po drodze gdzieś się zatrzymaliśmy, dał mi coś ciepłego do zjedzenia, dał koc do ogrzania. O 19 byłem w ośrodku.

Ćmikiewicz coś powiedział?

Dobrze, że jesteś, bo o 20 trening, dźwigamy ciężary! To był kawał zawodnika, klasa światowa, wiec choć dopiero startował z karierą trenerską, budził autorytet. Ci, którzy wytrzymali treningi, potem przepchali się na boisku samą siłą fizyczną, nawet jak przeciwnik był lepszy piłkarsko.

To o tamtych czasach opowiadał film „Piłkarski poker”.

Nie powiem, wiele rzeczy z filmu kojarzyłem, mogłem odwołać do realiów. Generalnie takich rzeczy z napastnikami się nie ustala, więc tylko czasem chodziłem i myślałem: „oho, dzisiaj jednego dośrodkowania nie dostanę”. Gram mecz, idę na czyste pole, a piłka zawsze idzie w drugą stronę. Najgorzej jednak jak graliśmy kiedyś z Igloopolem. Strzelam bramkę w drugiej minucie, sędzia międzynarodowy ją kasuje, choć nie ma ku temu podstaw. Za chwilę facet przebiega przed naszym polem karnym, ten dyktuje karnego. Strzelamy drugiego gola, znowu nic. Doskakujemy do niego, a on: chłopaczki, co się prujecie? I tak przegracie, i tak będzie 2:0.

Jak się czułeś po takim meczu? Dziewięćdziesiąt minut biegania bez sensu.

Generalnie jestem spokojnym człowiekiem, ale po tamtym meczu miałem ochotę przyłożyć. Zapieprzasz, gonisz, a tu sędzia z uśmiechem na twarzy robi cię w konia i nic nie możesz zrobić. Miałem satysfakcję dopiero lata później, gdy go we Wrocławiu dożywotnio ukarano. Dużo prawdy było w tym filmie. Mnie takie rzeczy zawsze brzydziły. Panowie, dwadzieścia tysięcy na trybunach, a my będziemy robić z ludzi idiotów? Dlatego też w którymś momencie znudziła mi się trenerka, bo widziałem, że w niższych ligach to ciągle walka z wiatrakami.

Sprzedawali ci mecze?

Nie wiem, ale różne sytuacje nie miały wiele wspólnego z profesjonalizmem. Przed nami bardzo ważny mecz w I lidze, bijemy się o utrzymanie. Dzień wcześniej przychodzi kapitan i mówi, że musi jechać na rozmowę o pracę. Był bliski końca kariery, myślał o urządzeniu się w przyszłości. Przekonywałem, ale ostatecznie machnąłem ręką – niech jedzie, życiowa sytuacja. Przegraliśmy 1:2 po golu w 93 minucie, gdzie ewidentnie brakowało kapitana, który by to uspokoił. Wieczorem włączam mecz Ligi Mistrzów, a mój zawodnik na trybunach. Parodia. Nie byłem pewien, pytam go potem: na Lidze Mistrzów byłeś? Widziałem cię. No tak. Wyrzuciłem go do rezerw, to następnego dnia przyszedł z L4, a od poniedziałku frędzelek mi szatnię.

Zwolnili cię kiedyś piłkarze?

W III lidze dwóch złapałem na piciu przed meczem. Przychodzę do prezesa i mówię, że trzeba ich relegować do rezerw. Powiedział, że absolutnie nie, są za dobrzy, nie damy rady, nie można. Jak nie można? Trzeba zareagować. Odesłałem ich, zaczęli robić swoje, młodzi zgłupieli, drużyna zbuntowana, treningu nie było jak przeprowadzić. Sam nigdy nie zwolniłem trenera, choć kiedyś zarzucił mi to Stasiu Świerk. Ekstraklasa, Zagłębie, gramy z Hutnikiem Kraków. 0:0, rzut rożny dla nich. Często wracałem do obrony bo dobrze grałem głową, ale tym razem Świerku krzyczy: „Kudybson na szpicę!”. Jarek Bako w bramce mówi jednak „Janusz, zostań, kryj Kazka”. Wyskoczyłem do Węgrzyna, przestawił mnie i traf chciał, że jak siatkarz zbiłem piłkę ręką. Karny, 1:0, potem 2:0, 3:0. Wchodzimy do szatni, Świerk podchodzi i mówi: „Kudyba, zwolniłeś mnie”. Przyjeżdżamy do Lubina i Świerka wyrzucają. Szok. To był trener, który mnie sprowadził do Lubina, z którym zrobiłem awans, wicemistrzostwo, a wtedy byliśmy na trzecim miejscu. Po latach wszystko sobie wyjaśniliśmy, sam fakt, że ściągał mnie do Śląska swoje mówi.

Kazek Węgrzyn wspominał, że dzięki tobie zrobił karierę.

Wracałem w Motorze po kontuzji, pojechałem z rezerwami na mecz z Ładą Biłgoraj. Miałem jeszcze słabszą nogę, co nie zmienia faktu, że za każdym razem Kazek mnie kasował. Wolałem z większymi od siebie walczyć, bo takich potrafiłem ułożyć, a taka mała wesz weszła z jednej, z drugiej, ale wtedy wszystkie główki były jego. Przyjechałem i powiedziałem wiceprezesowi, że fajny chłopak gra w Ładzie, nawet go ściągnęli. Nie załapał się, ale potem w Hutniku potwierdził, że się co do niego nie myliłem. Innym razem spotkaliśmy się w Ekstaklasie i jedzie ze mną ostro z tyłu raz, drugi. Mówię mu: „Kaziu, parę lat starszy jestem, przystopuj”. On nic. To poszliśmy w powietrze, złamałem mu łokciem nos i dzięki temu dziś jest taki przystojny. Brutalem nigdy nie byłem, ale jak ktoś cię atakuje, trzeba walczyć o swoje. To były inne czasy na boisku. Kiedyś graliśmy z Olimpią Elbląg, dziennikarz Kuriera Lubelskiego podliczył, że atakowano mnie od tyłu trzydzieści dziewięć razy. Dopiero za trzydziestym dziewiątym obrońca dostał żółtą kartkę.

Zanim trafił pan do Zagłębia, był już dogadany ze Stalą Mielec.

Wybrałem już w Mielcu czteropokojowe mieszkanie, przyjechał meblowóz. Zostały dwie kanapy do załadowania, gdy zadzwonił dzwonek. Weszli Jerzy Koziński i Michał Lulek.

– Dzień dobry, jesteśmy przedstawicielami Zagłębia.

– Ale ja już mam poukładane wszystko w Mielcu, nawet mieszkanie wybrałem.

– Ile chcesz u nas pokoi? Cztery, pięć, siedem? Będzie trzeba połączymy mieszkania.

Lubin spadł z ligi, Mielec grał w Ekstraklasie, miał fajny zespół. Koziński powiedział: „Panie Januszu, za minutę potrzebujemy decyzji. Żona była na oczywiście na nie. Wyszedłem na balkon. Pomyślałem – rodzice są wiekowi. Znowu będą z dala od Jeleniej Góry, a tak wrócę na Dolny Śląsk. Dobra, wracam. I idę do tych czterech robotników:

– Panowie, trzeba to wszystko z powrotem zapakować na górę.

Co jobów się nasłuchałem. Osiem godzin cały dobytek znosili, a teraz musieli go wnieść z powrotem.

Trafiłeś do Świerka, niedawno wybranego trenerem siedemdziesięciolecia Zagłębia.

Miał niesamowitego nosa jeśli chodzi o dobór ludzi. Miał wyjątkową charyzmę i umiał zmobilizować. Pamiętam mecz w drugiej lidze z Chemikiem Police. 0:1 do przerwy, Świerk wchodzi do szatni. W życiu nie słyszałem takiego steku bluzg, leciał bez przerwy. Siedzieliśmy i nikt nie potrafił wydusić z siebie słowa. A potem wyszliśmy i wygraliśmy.

Innym razem po końcu rundy przyjeżdżamy pod jego dom, gdzie zawsze kierowca go odstawiał. Świerku mówi: panowie, zapraszam. Wychodzimy, a tu ławki rozstawione, stoły przygotowane, małżonka częstuje kiełbasami, szynkami, piwkiem.

Po Odrze Wodzisław wracamy z meczu, nagle zatrzymujemy się w lesie. Świętej pamięci kierownik Bożyczko wyciąga z bagażnika cztery zgrzewki piwa. Świerk wygonił nas do lasu: „Macie wyprać sobie głowy, tu i teraz” i poszedł z drugim trenerem na grzyby. Jedno piwko, drugie, zaczęliśmy rozmawiać ze sobą. Wytargaliśmy się i od tamtego czasu stanowiliśmy zespół. Zwróć uwagę, że Zagłębie, które robiło awans, nie różniło się tak bardzo kadrowo od tego, które robiło mistrza.

Wiedziałeś, że Świerk cokolwiek robi, czy opieprza czy rozmawia czy cię zdejmuje, to robi po to, żeby pomóc tobie i drużynie. Metody dzisiaj mogą kogoś dziwić, ale na tamte czasy były właściwe. My byśmy za Świerkiem wszyscy poszli w ogień. Na tamte lata był idealny. Pamiętam jak mnie i Darka Marciniaka straszył sobą nawzajem, grając nam na ambicji. Jak mi gorzej szło, sadzał mnie i wysłuchiwałem z ławki: „Zobacz jak ten Marciniak gra! Nie to co ty. Ty to się Kudybkin po murawie pałętasz. Ty głową grasz? Nie, ona ci się odbija”. A potem mnie wpuszczał i chodziłem jak nakręcony.

Nie zarzynał nas też w treningu, jego obozy wyglądały w porównaniu z innymi jak wczasy. Gdy Wiesiek Wojno zaordynował nam w NRD większe bieganie, chciał go zwolnić, że mu piłkarzy zabija. Inna sytuacja natomiast, jeśli przegraliśmy mecz, wtedy ciężki trening był karą. Graliśmy kiedyś przez to z Darkiem Marciniakiem jeden na jednego na całe boisko. Straszne błoto, deszcz, zimno, ale Świerku stał równo z nami i krzyczał: „Będziecie frędzelek aż zrozumiecie, że możecie przegrać, ale nie możecie odpuszczać”. Umęczyliśmy się strasznie. Zgodziliśmy się z Darkiem, że my już meczu nie przegramy.

Darek Marciniak to największy zmarnowany talent polskiej piłki?

Tak. Przywieźli go helikopterem do Lubina i od razu wysłali do szpitala. Tydzień leżał pod kroplówką, a potem wyszedł i wyglądał na treningu jak Brazylijczyk. Klej w nodze, na piłkę nigdy nie patrzył, przyjęcie ze zwodem, obunożny, głowa świetna, strzał taki, że zawsze szło w światło bramki. Byłem parę lat starszy, a pytałem go o porady. Zawodnik kompletny.

Jaki Darek był prywatnie?

Bardzo dobry człowiek, każdemu zawsze pomógł. Pojechaliśmy do Sopotu, podszedł bezdomny, chciał parę groszy. Darek dał mu stówę czy dwie, ostatnie pieniądze. Miał niestety słabość do alkoholu i to go zgubiło. Kiedyś pojechaliśmy do dyskoteki prosto po meczu. Generalnie debile, bo weszliśmy w dresach Zagłębia. Potańczyliśmy, wypiliśmy parę piwek, o pierwszej zwijamy do taksówek. Darek mówi, że zostaje. Rano przyjeżdżamy, afera. Darek do rana pił z kibolami. Ktoś mu zdjęcie zrobił, jak leży z twarzą w sałatce. Rano wyrzucili go przed lokal.

Zagłębie miało wtedy możliwości, sam fakt przywiezienia Marciniaka helikopterem. Nie miało sposobu go upilnować?

Michał Lulek został oddelegowany do pilnowania Darka. Do pewnego momentu zdawało to egzamin, a potem obaj zaginęli. Później do pilnowania został oddelegowany wiceprezes. Zaginęli we trójkę.

Słyszałem o pomyśle ożenienia Darka z sekretarką.

To mit. Ukazało się w Przeglądzie, gdzie niby to potwierdziłem, dałem wypowiedź. Dyrektor bardzo lubił Darka i miał pomysł, żeby go ożenić, to się ustabilizuje. Ale prawda jest taka, że oni po prostu się kochali, byli razem też wcześniej.

Jakie warunki wtedy miało Zagłębie?

Na tamte lata topowe. Początki dietetyki, witaminy, solidne zaplecze i boiska, nowoczesny autokar. Finansowo poukładane, fajne obozy, wyjazdy po sezonie z rodzinami do Polanicy, wspólne sylwestra, fajna atmosfera. Młodych też wprowadzaliśmy do grupy. Pamiętam Radka Kałużnego – ważył ze 130kg, bardziej przypominał zawodnika sumo. Siedział z nami na golasa w szatni z wielkim brzuchem. Woził ze sobą 1.5l coca coli na mecze, lubił hamburgery. A potem zagrał kilkadziesiąt meczów dla kadry. Tak zawsze wspominam co by było, gdybym poszedł do Mielca: w czasie, ja robiłem awans, wicemistrzostwo i mistrza, a Stal rok po roku spadała z ligi.

A decyzja podejmowana w minutę na balkonie.

Tak to jest, życia nie zaplanujesz. Możesz mieć w głowie scenariusz, ale życie i tak napisze swój.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że Lech przekręcił was w sezonie, gdy mieliście tylko wicemistrzostwo.

Tak, wiem o tym, bo na koniec grali z Motorem, gdzie miałem kolegów. O króla strzelców walczyliśmy ja, Krzysztof Warzycha i Andrzej Juskowiak. Andrzej w ostatnich czterech meczach strzelił bodaj dwanaście bramek. Jeździli za Lechem prywaciarze, wiedzieli, że będą mieli zwrot na transferze Andrzeja. Nic mu nie odbieram, znakomity napastnik, ale w tamtej końcówce zagrały inne elementy.

W połowie waszego mistrzowskiego sezonu zwolniono Świerka.

Przyjął to strasznie, ale wina zawsze jest po obu stronach. Był charyzmatyczny, ale nie rotował składem. Przegrywaliśmy, ale cały czas grali ci sami. Może jakby posadził mnie czy kogoś innego z kluczowych graczy na ławkę, nakręcilibyśmy się bardziej, a tak trochę łapaliśmy zgubnej rutyny. Nie twierdzę, że by tego nie ogarnął, ale skoro zrobiliśmy mistrza, to koncepcję ze zmianą trenera trudno krytykować.

Putyra miał niesamowicie ciężko, żeby wejść do szatni po Świerku.

Nie byliśmy przekonani, pierwsze mecze graliśmy swoje. W grudniu mnie i Marciniaka sprzedawał do Jeny, chciał pół kadry rozgonić. Ale potem przyszło zimowe zgrupowanie i się do nas przekonał, a my do niego. Może obciążeniowo nie było jakoś ciężko, ale my, wicemistrzowie, jeżdżący wcześniej po dobrych hotelach. spaliśmy w akademiku o fatalnym standardzie, okna nieuszczelnione, -15 w nocy. Kontrolował nas cały czas, a dzień tak zaprogramował, żebyśmy nie mieli chwili dla siebie. Przygotował nas jednak bardzo dobrze i wiosna była tego konsekwencją.

Fryzjer wielokrotnie podkreślał, że żadne mistrzostwo w latach dziewięćdziesiątych nie zostało zdobyte uczciwie. Zagłębie zmiękczało rywali?

Pewne symptomy wskazywały na to, że ingerencja z boku mogła być. Widziałeś w jednym meczu, że przeciwnik nie wkłada pełni zaangażowania, ale potem jechałeś na inny mecz i sędzia nie pozwalał ci przekroczył połowy. To była taka liga, na zasadzie – raz dostaniesz, raz przyłożysz. Nie wiedziałeś czego się spodziewać.

Jak świętowaliście mistrzostwo?

Kibice wpadli na boisko. Dobrze, że ubrałem slipy, bo by mnie rozebrali do golasa. Poszło wszystko – skarpety, buty, nawet łańcuszek z krzyżykiem. W klubie dali nam premie, a na bankiecie rozrysowano dalsze plany. Awans, wicemistrzostwo, mistrzostwo – czas na sukces w pucharach. Będziecie mieli płacone na poziomie 2.Bundesligi – czyli wtedy dla nas kosmos – do tego wzmacniamy skład. No i fajnie. Ale w sobotę kupuję Przegląd Sportowy i czytam: Bako i Zejer do Turcji, Marciniak do Austrii, Kujawa do Francji, Kudyba do Norwegii. Jaka Norwegia? Nic nie wiedziałem. Przyjeżdżam w poniedziałek, wszystko potwierdzone. Nie ma drużyny.

W Skandynawii byłeś tylko przez chwilę.

Norwegia nie była dla mnie. Klub dobry, poukładany, ale nie ta mentalność. Wcześniej na moment w II lidze szwedzkiej, półamatorski poziom, ale co ciekawe, w dwa miesiące poprawiłem się fizycznie pod względem koordynacji o około trzydzieści procent. Nigdy nie czułem się tak dobrze. To coś mówi o ówczesnym szkoleniu w Polsce.

Wkrótce przemknąłeś przez Bełchatów.

To była jeszcze totalna amatorka. Finansowo i organizacyjnie przepaść w porównaniu z tym, co później. Ja byłem pierwszym profesjonalistą w Bełchatowie, poza mną grali Berensztajn, a także chłopaki z 3-4 ligi, dorabiający na kopalni. Zarabiałem o wiele więcej od reszty, więc jak to wyszło, w szatni nie było najciekawiej. Strzeliłem dziewiętnaście bramek w I lidze, lepszy ode mnie był tylko Kaziów z Olimpii Poznań. Pojechałem do Widzewa. Wchodzę, patrzę, a tu Koniarek. Idę na rozmowę z Sobolewskim, on mówi, że wyszła sprawa z Koniarkiem i nie wie, czy potrzebuje nas obu, bo prezentujemy podobny styl. W tym czasie dostaję telefon od Świerka z Wrocławia.

– Trenerze, ale w Widzewie jestem.

– Już dogadane, Koniar zostaje, ty jedziesz do mnie.

Sobolewski potwierdził. Spakowałem się i wylądowałem we Wrocławiu, gdzie chyba grałem najlepiej w karierze. W pierwszym sezonie strzeliłem 28 goli, choć pauzowałem cztery kolejki za czerwoną kartkę. W drugim sezonie też strzelałem, zrobiliśmy awans. Niestety potem męczyły mnie problemy zdrowotne, poszło mi kolano.

Ale w Ekstraklasie jeszcze zagrałeś ważną rolę.

W ostatnim meczu, historia zupełnie niemożliwa. Trenerem Caliński, ja już trenowałem tylko na rowerku, zastanawiałem się co dalej. W sobotę kumpel zaprosił na imieniny, poszedłem. W niedzielę o 10 wchodzę na Oporowską, a tu biegnie drugi trener: Janusz, do Calińskiego! Wchodzę, a tu siedzą generałowie – WKS jeszcze trzymało wojsko – a Caliński mówi:

– Janusz, wchodzisz na atak. Grasz od początku.

– Trenerze, kolana ma zszargane, nie trenowałem cały tydzień! Tu będzie piętnaście tysięcy widzów, jak nie wyjdzie, będzie na mnie.

– Biorę to na swoją odpowiedzialność.

I wyszedł mi super mecz, strzeliłem dwie bramki, asystowałem przy jednej. Wygraliśmy i utrzymaliśmy się, a ja skończyłem karierę.

To ciekawe, że wszędzie na Dolnym Śląsku masz szacunek – w Lubinie, we Wrocławiu, a teraz w Miedzi przez pracę z akademią.

Mam jeszcze zdjęcia, jak wisiałem na siatce w barwach Zagłębia po zwycięstwie ze Śląskiem. Ale we Wrocławiu szybko zacząłem dużo strzelać, zostawiałem serce na boisku, a kibice zawsze to docenią. To bardzo miłe, bo czasem zaczepiają mnie nawet młodzi ludzie: „Panie Januszu, miałem pięć lat, gdy pierwszy raz poszedłem na stadion. Pan wtedy strzelał bramki, pan wciągał mnie w piłkę i Śląsk”.

Później przy Oporowskiej byłeś asystentem Janusza Wójcika.

W tym, co się o nim czyta, jest wiele prawdy. To był człowiek charyzmatyczny, swego rodzaju gangster, ale miałem z nim dobry układ. Pamiętam kwestię alkoholu. Przychodził przed treningiem, 9 rano, rozstawiał piwko, winko. Pytał:

– Panowie, po lufce.

– Trenerze, w szatni czekają Włodarczyk, Szamo, Pisz. Nie wyjdę do nich po alkoholu.

– To cię zwalniam.

Ta sytuacja kilka razy się powtórzyła, ale potem już nie pytał, miał szacunek. Na pewno jego przemowy motywacyjne, te słynne kiełbasy, robiły piorunujące wrażenie. Problem w tym, że z każdym kolejnym meczem efekt słabł.

Może na kadrze bardziej miało to sens, bo zawodnicy mieli odskocznię od tego co klubie. W zwykłym zespole przyzwyczajali się.

Możliwe. Stymulował emocjami. Pamiętam, kiedyś miał problem do zaangażowania piłkarzy na treningu. Padał deszcz, w jednym miejscu zrobiła się taka kałuża, że aż bolało patrzeć. Kazał robić dziesięć metrów biegu i wślizg trzy metry przed kałużą. Wszyscy w nią padali, aż dziw, że się w niej potopili. Pisz się denerwował: trenerze, co jest! A on tylko rzucał: dziesięć razy!

Sam rozczarowałeś się fachem trenera?

Powiem tak. Od czasów Motoru, po nauczce w Poznaniu, starałem się być zawodowcem. Tego samego chciałem wymagać od zawodników. Ale w niższych ligach warunki są takie, że o to trudno. Zraziło mnie to raz, drugi, ósmy. Ale mam też super doświadczenia z UEFA Regions 2007, gdzie wygraliśmy Mistrzostwa Europy amatorów. Wyciągnąłem Arka Piecha, Janka Gola, zrobiła się super drużyna, a emocje na finałach niesamowite. W Gawinie, dopóki właściciel nie wyciągnął wtyczki, też było super. Wymyśliłem Kuświka, Janusa, dałem szansę Piechowi. Na Wigilię właściciel przyszedł i powiedział: zamykamy. Popłakał się, popłacił za grudzień i koniec, choć byliśmy na pierwszym miejscu w tabeli.

Gdybyś miał jeden dzień z życia przeżyć jeszcze raz, jaki by to był?

Narodziny dzieciaków. Jak dostałem telefon ze szpitala, że urodziła mi się córka, pierwszy raz w życiu się rozpłakałem. Płakałem jak bóbr. To jest doświadczenie, jakiego nie da się z niczym porównać.

Leszek Milewski

:arrow: W brygadzie skręcającej karuzele faceci zaczynali dzień od jabola

_________________
www.forum-soccer.home.pl

www.mkszaglebie.pl
www.zaglebie.org
Obrazek

Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2017 lis Wt 28, 10:23 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2004 cze Cz 03, 13:04
Posty: 5145
Lokalizacja: LUBIN
Cytuj:
Mariusz Lewandowski mieszka w Dubaju, jego znajomym jest najbogatszy Ukrainiec. Oto nowy trener KGHM Zagłębia Lubin.
Mariusz Lewandowski z Lubinem związany jest od dziecka. W Zagłębiu zaczynał grać w piłkę, w nim debiutował w ekstraklasie, kiedy nie miał jeszcze 18 lat. W tym klubie szkoleniem młodzieży zajmował się jego ojciec, który do dzisiaj jest cenionym fachowcem. Jego syn zrobił karierę jako piłkarz, a teraz chce zostać trenerem. Przymierzał się do tej roli od dawna, a teraz doszedł do wniosku, że jest już gotowy. W południe zostanie ogłoszony jako następca Piotra Stokowca.
W szafce na buty
Na boisku dał się poznać jako twardziel, który nigdy nie odstawia nogi i hardo potrafi się angażować w każdą boiskową sprzeczkę. Miał swoje zdanie i nigdy nie miał problemów z tym, żeby go bronić. Także wtedy, gdy jako nastoletni młokos dopiero wchodził do seniorskiej drużyny. Dopiero po latach opowiedział, że postawił się kiedyś Mirosławowi Dreszerowi, ówczesnemu bramkarzowi Zagłębia, który w szatni cieszył się wielkim poważaniem. Wystarczyło jedno niepokorne słowo "młodego" rzucone pod adresem jednego z lubińskich liderów, by ten... wpakował go szafki na sprzęt, starannie zamykając ją na klucz. Za chwilę zaczął się trening. – Dopiero po kilkunastu minutach trener zapytał kolegów, gdzie jest młody Lewandowski? A młody Lewandowski zamknięty i skulony w szafce na buty. Dopiero później przyszli i mnie wypuścili, a ja zbiegłem na trening '– wspominał z rozbawieniem w wywiadzie dla strony internetowej Zagłębia. I wyraźnie podkreślił, jaki ma stosunek do tej historyjki: – Takie to były czasy, hierarchia była znacznie mocniejsza niż dziś. I moim zdaniem tak właśnie być powinno, oczywiście z zachowaniem umiaru.
Mecz życia
Pod prąd potrafił też iść, kiedy był znacznie starszym i już powszechnie znanym piłkarzem. Gdy w 2006 roku w meczu Kazachstan – Polska Leo Beenhakker zdjął go z boiska, tak się tym oburzył, że schodząc nie podał ręki selekcjonerowi, co można było zobaczyć w telewizji. Mądry Holender nie zrobił z tego afery, rozładował napięcie w zarodku. Mariusz przeprosił przy całej drużynie i kilka dni później zagrał najlepszy mecz w całej karierze, a Polska na Stadionie Śląskim pokonała Portugalię (2:1). Do kadry narodowej wrócił na chwilę za czasów Waldemara Fornalika, ale w pojedynkę nie odmienił jej losów – biało-czerwoni nie awansowali do finałów MŚ w Brazylii.
Wielkie pieniądze zarobił, grając na Ukrainie, w Szachtarze Donieck. Bardzo go cenił właściciel klubu, ukraiński miliarder Rinat Achmetow, z którym do dzisiaj utrzymuje kontakt. Lewandowski ma dom pod Lubinem, ale z rodziną wiele czasu spędza też w Dubaju, gdzie prowadzi swoje interesy. Od pewnego czasu sygnalizował, że chciałby spróbować sił jako szkoleniowiec, ma najwyższe uprawnienia trenerskie UEFA Pro. W Zagłębiu bywał na zajęciach u Piotra Stokowca. A teraz go zastąpi. W poniedziałek przyleciał z Dubaju do Polski, żeby podpisać kontrakt. Dzisiaj zostanie zaprezentowany na konferencji prasowej.

:arrow: Robi interesy w Dubaju, jego kolegą jest najbogatszy Ukrainiec. Kim jest Lewandowski?

_________________
www.forum-soccer.home.pl

www.mkszaglebie.pl
www.zaglebie.org
Obrazek

Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2017 lis Wt 28, 17:37 
Offline

Dołączył(a): 2009 sie Pn 24, 20:11
Posty: 1344
Lokalizacja: miedziowo :)))
Z informacji medialnych wynika, że Lewandowski będzie współpracował z Pawłem Karmelitą, a trenerem bramkarzy będzie Krzysztof Koszarski. To Bako też wywalili???

_________________
radix99
mecze Zagłębia tu :)


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2017 lis Wt 28, 18:57 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2005 cze Pn 27, 13:55
Posty: 4371
Lokalizacja: Lubin
No tak, nowy trener dobiera swój sztab szkoleniowy...Niektórzy tutaj narzekali na Bako, więc chyba dobrze. Ale czy Koszarski zrobi z Polacka lepszego bramkarza ? Szczerze wątpię.

_________________
"Jedno serce,jeden klub...ZAGŁĘBIE LUBIN..."


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2017 lis Wt 28, 20:43 
Offline

Dołączył(a): 2004 cze Wt 08, 19:19
Posty: 1993
radix99 napisał(a):
Z informacji medialnych wynika, że Lewandowski będzie współpracował z Pawłem Karmelitą, a trenerem bramkarzy będzie Krzysztof Koszarski. To Bako też wywalili???



Tak, wymieniono cały sztab. Drugim asystentem miał być A. Buczek ale odmówił.
Co do Koszarskiego tez mam podobne odczucia..

_________________
WYZNAWCY POLSKOŚCI


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2017 gru Wt 19, 10:41 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2004 cze Cz 03, 13:04
Posty: 5145
Lokalizacja: LUBIN
Cytuj:
KGHM Zagłębie Lubin zamierza przedłużyć wygasającą z końcem sezonu umowę z Lubomirem Guldanem.
Słowacki obrońca w styczniu kończy już 35 lat i na pierwszy rzut oka coraz mniej pasuje do wizerunku klubu stawiającego na młodych piłkarzy, najlepiej wychowanków miejscowej akademii. Jego rola w drużynie jest jednak trudna do przecenienia. To nie tylko kluczowy stoper, którego bardzo rzadko brakuje na boisku (w tym sezonie zagrał we wszystkich meczach od pierwszej od ostatniej minuty), ale także nieformalny opiekun młodszych i mniej doświadczonych zawodników. W Lubinie traktowany jest jak profesor, piłkarze liczą się z każdym jego zdaniem. To przy nim budował formę Maciej Dąbrowski, co zaowocowało transferem do Legii, to również on wziął pod swoje skrzydła Jarosława Jacha i Jarosława Kubickiego. Szczególnie dla tego ostatniego piłkarza jest boiskowym autorytetem oraz istotnym wsparciem. W Zagłębiu liczą, że będzie pozytywnie oddziaływał na kolejnych piłkarzy. Nieprzypadkowo w tym sezonie została mu powierzona opaska kapitańska, choć on sam do tej roli specjalnie się nie palił.
Równie ważne jest też to, że mimo przytrafiających mu się od czasu do czasu błędów generalnie wciąż daje drużynie jakość sportową. Słowak w niedzielę do kontraktowych negocjacji dorzucił mocne argumenty – w wyjazdowym meczu z Wisłą Kraków (2:1) trzymał w ryzach obronę, strzelił pierwszego gola i miał udział przy drugim, kiedy bez paniki na swojej połowie opanował piłkę, efektownie przechytrzył Carlitosa i doskonale zagrał do rozpędzającego się Alana Czerwińskiego, który asystował przy trafieniu Jakuba Świerczoka.
Do Guldana szybko przekonał się też Mariusz Lewandowski. - Potrzebuję go w drużynie. Chcę, by został w Zagłębiu na następny sezon - potwierdza trener Miedziowych. Wiele wskazuje, że w grę wchodzi przedłużenie umowy do czerwca 2019 roku.

:arrow: Nowy kontrakt dla profesora. Miedziowi zatrzymują obrońcę

_________________
www.forum-soccer.home.pl

www.mkszaglebie.pl
www.zaglebie.org
Obrazek

Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2017 gru Wt 19, 10:45 
Offline
Administrator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2004 kwi Wt 13, 20:16
Posty: 4815
Lokalizacja: Lubin
bardzo dobrze

_________________
Milczenie jest złotem...
Obrazek
Zagłębie Lubin. To jest naprawdę ważne.
link ->zwrot kasy z giving assistant ->opis


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2017 gru Wt 19, 19:39 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2005 cze Pn 27, 13:55
Posty: 4371
Lokalizacja: Lubin
Byłem zdegustowany jego grą w czasach Bilków, Bertilsonów i innych dziadów z Rymaniakiem na czele. Mimo że miał 30 lat, był w idealnym wieku często zawodził. Od czasów Stokowca zaczął grać jak profesor a do tego potrafi w sezonie strzelać naprawdę ważne gole. Szacun dla niego że po spadku został z nami i moim zdaniem zasługuje na kolejny kontrakt.

_________________
"Jedno serce,jeden klub...ZAGŁĘBIE LUBIN..."


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2017 gru Wt 19, 20:34 
Offline

Dołączył(a): 2009 sie Pn 24, 20:11
Posty: 1344
Lokalizacja: miedziowo :)))
Todorovski na kolejne pół roku...

http://www.lubin.pl/sadowski-z-cala-pewnoscia-pozyskamy-lewego-obronce/

Sadowski: Z całą pewnością pozyskamy lewego obrońcę.

KGHM Zagłębie Lubin zakończyło 2017 rok na wysokim piątym miejscu w Lotto Ekstraklasie. O krótkie podsumowanie tego co się wydarzyło a także sytuacji kadrowej zespołu, który wiosna walczyć będzie o czołowe miejsca w lidze.

W dwudziestu jeden spotkaniach sezonu 2017/2018 jak dotąd KGHM Zagłębie zdobyło trzydzieści dwa punkty. To aktualnie piąte miejsce w tabeli i stratę tylko czterech punktów do podium, a także jedynie sześciu do liderującej Legii Warszawa.

– Myślę, że mogliśmy powalczyć o jakieś cztery, sześć a może i nawet osiem punktów więcej. Wtedy ta zima byłaby jeszcze bardziej optymistyczna i mielibyśmy wtedy większy komfort pracy w okresie przygotowawczym. Teraz już nie ma czasu na rozpamiętywanie tego, bo trzeba się skupić na szybkiej pracy transferowej, przygotować odpowiedni zespół i ruszyć od pierwszego meczu z Legią z mocnym impetem, żeby dać sygnał całej lidze, że my w tym sezonie powalczymy o coś więcej niż to co mamy w tej chwili. – mówi Robert Sadowski, prezes Zagłębia Lubin.

W Lubinie nie ma co liczyć na większe zmiany w okresie zimowym. O pół roku kontrakt przedłużono z Aleksandarem Todorovski, a do zdrowia powoli wracają m.in. Filip Starzyński, Sebastian Bonecki i Patryk Mucha. Priorytetem okazuje się ściągnięcie lewego obrońcy, który powalczyłby o miejsce w składzie. Na początku 2018 roku możemy spodziewać się także nowych zawodników, którzy jednak dołączą do klubu dopiero podczas letniej przerwy w rozgrywkach.

– Wykonamy dwa, trzy maksymalnie cztery ruchy, bo nie planujemy większej rewolucji w okresie zimowym. Przedłużyliśmy umowę już o pół roku z Aleksandarem Todorovskim i myślę, że tutaj kwestia prawej obrony w tym momencie nam się wyjaśnia i ostatecznie możemy być spokojni, chociaż pamiętając kontuzje Daniela Dziwniela to chyba nigdy nie ma takiego komfortu. Z całą pewnością pozyskamy lewego obrońcę, bo kontuzja Daniela się przedłuża i ten proces rehabilitacji jeszcze trochę potrwa i najprawdopodobniej dopiero w końcówce kwietnia, może początkiem maja będzie on mógł realnie uczestniczyć w mocniejszym treningu. Jeśli chodzi o dwie pozostałe pozycje to one zależą od tego, czy jeden czy drugi zawodnik od nas odejdzie i tutaj w tym kierunku być może będziemy szli. Na pewno nie tylko myślimy o zimowym okienku, ale też o tym letnim i mamy tam dwa, trzy pomysły, które są dość mocno zaawansowane i chcielibyśmy skończyć je tuż po Sylwestrze, by móc mieć te umowy już w szufladzie i być pewnym, że Ci zawodnicy będą od lipca zawodnikami Zagłębia. – zaznacza sternik Zagłębia.

Wciąż nie wiadomo jak potoczy się najbliższa przyszłość Jarosława Jacha, o którym najwięcej mówi się w perspektywie odejścia z Lubina. Włodarze klubu nie zamierzają robić problemów swojemu zawodnikowi.

– To jest pytanie na które odpowiedzi dzisiaj nikt nie zna, bo z jednej strony mamy ustalenia z zawodnikiem, że jeśli będzie oferta korzystna dla niego i dla klubu to do takiego transferu będziemy zmierzać. Nie chcemy go sprzedawać do kluby, który nie zagwarantuje mu gry, bo on jest tak blisko tego, by pojechać na Mistrzostwa Świata i myślę, że jest to idealny czas by się skoncentrował na tym. Szukamy też takiego rozwiązania, że może rzeczywiście zostanie wytransferowany ale jednak będzie z nami w rundzie wiosennej, by nie musiał od razu wchodzić w nowe środowisko, uczyć się języka i tej całej otoczki klubowej, bo to by mu najprawdopodobniej utrudniło możliwość gry w kadrze. – dodaje Robert Sadowski.

Prezesa lubińskiego klubu zapytaliśmy także o możliwość powrotu Artura Siemaszko ze Stomilu Olsztyn. Młody napastnik w rundzie jesiennej chwalony był za występy w Nice 1 Lidzie, w której zdobył pięć bramek.

– My go stale obserwujemy i już kilkukrotnie nasi skauci podczas meczów Stomilu patrzyli na to jak się rozwija zawodnik naszego klubu, natomiast czy będzie to już zimą? Tego nie powiem dzisiaj, bo on też dostał ofertę z innego klubu 1 ligi będącego troszeczkę wyżej w tabeli i zobaczymy jak do tego odniesie się Stomil, zobaczymy jaki będzie pomysł na realizację tej kwestii, bo to będzie też zależało od tego jakie będą ruchy kadrowe w pierwszym zespole, bo ściąganie jego tutaj tylko po to, by w małym stopniu uczestniczył w meczach to też nie ma sensu. On jest w takim momencie swojej sportowej drogi, że on musi przede wszystkim grać. Ważniejsze jest 90 minut w 1 lidze niż 10 czy 15 w Ekstraklasie i tutaj droga Kuby Świerczoka jest tutaj najlepszym przykładem czy też Igora Angulo, który w pierwszej lidze był królem strzelców i na wyższym poziomie jest w stanie to powtórzyć. – puentuje Robert Sadowski, prezes KGHM Zagłębia Lubin.

_________________
radix99
mecze Zagłębia tu :)


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2017 gru Pt 22, 11:52 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2004 cze Cz 03, 13:04
Posty: 5145
Lokalizacja: LUBIN
Zawsze to w pozytywnym kontekście o Zagłębiu.

Cytuj:
Beniaminek na podium Ekstraklasy przez przerwę zimową. Tak, to zdanie brzmi sensacyjnie i biorąc pod uwagę, że to o Górniku Zabrze bez wątpienia najwięcej mówiło się w tej rundzie, nie dziwi, iż ich pozycja wyznacza ocenę całej rundy. Dlatego też zewsząd słychać, że była to jesień pełna zaskoczeń, wręcz sensacji, jesień, którą trudno było w jakikolwiek sposób przewidzieć. Ale gdy spojrzymy na tabelę i przedsezonowe oczekiwania… Sytuacja przestaje być tak oczywista.
W pierwszej piątce obok Górnika znalazły się bowiem Legia Warszawa, Lech Poznań, Jagiellonia Białystok i Zagłębie Lubin. Co łączy te cztery ekipy?..


:arrow: Zaskakująca runda? W pierwszej piątce tylko jedna sensacja…

_________________
www.forum-soccer.home.pl

www.mkszaglebie.pl
www.zaglebie.org
Obrazek

Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2018 sty Wt 09, 22:41 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2005 cze Pn 27, 13:55
Posty: 4371
Lokalizacja: Lubin
http://eurosport.interia.pl/klub-kghm-z ... Id,2505543

Przeczytajcie, pierwszy wywiad Stokowca po zwolnieniu. Nostalgia mnie ogarnia...

_________________
"Jedno serce,jeden klub...ZAGŁĘBIE LUBIN..."


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2018 sty Śr 10, 03:29 
Offline

Dołączył(a): 2004 cze Wt 08, 19:19
Posty: 1993
Ty tak na powaznie z ta nostalgia? :lol:

_________________
WYZNAWCY POLSKOŚCI


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2018 sty Śr 10, 14:32 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2007 lis Pt 30, 11:34
Posty: 1389
^^ Mówi tak, jakby Akademia piłkarska i zmiana sposobu zarządzania klubem to była tylko jego zasługa.
Może nie wprost tak mówi, ale taki jest wydźwięk wywiadu...


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2018 sty Śr 10, 16:09 
Offline

Dołączył(a): 2004 cze Wt 08, 19:19
Posty: 1993
MarDro napisał(a):
^^ Mówi tak, jakby Akademia piłkarska i zmiana sposobu zarządzania klubem to była tylko jego zasługa.
Może nie wprost tak mówi, ale taki jest wydźwięk wywiadu...


Ten wywiad dobitnie pokazuje dlaczego Stokowiec zostal zwolniony i sam udowadnia, ze to byla sluszna decyzja.
Gosc odplynal i uwaza, ze Zaglebie obecny model klubu zawdziecza jemu :)

_________________
WYZNAWCY POLSKOŚCI


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zagłębie w mediach...
PostNapisane: 2018 sty Śr 10, 18:33 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2005 cze Pn 27, 13:55
Posty: 4371
Lokalizacja: Lubin
Ja tam mimo wszystko będę dobrze wspominał faceta, który zrobił 100 razy więcej niż kilku jego poprzedników razem wziętych...

_________________
"Jedno serce,jeden klub...ZAGŁĘBIE LUBIN..."


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 3075 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 201, 202, 203, 204, 205

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL

W ramach naszej strony wykorzystujemy “ciasteczka” (cookies) w celu zbierania anonimowych statystyk odwiedzających (przy pomocy AdSense) oraz obsługi sesji dla zalogowanych użytkowników i świadczenia usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. Możesz dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dla plików cookies w swojej przeglądarce.